Dariusz Gasiński BYŁEM JEDNYM Z 10 MILIONÓW

39 lat temu… rano w telewizji… „nie było teleranka”. Tym oklepanym stwierdzeniem można by zacząć każdy artykuł na temat rocznicy wprowadzenia stanu wojennego w Polsce. Niestety nie można tego tragicznego wydarzenia sprowadzić tylko do opowieści o strasznym generale, który z jakiś sobie tylko znanych powodów odebrał dzieciom niedzielną rozrywkę. Stan wojenny to czas dramatycznych wyborów, ludzkich tragedii, w czasach gdy komunistyczne władze, dla ratowania własnej pozycji zdecydowały się stłumić oddolny i demokratyczny ruch społeczny.

Dziś, chcemy przedstawić Państwu I część wspomnień Dariusza Gasińskiego jednego z czołowych działaczy „Solidarności” w Zduńskiej Woli. Wspomnienia są świetnym zapisem czasu.  Emocji, lęków i zróżnicowanych postaw ludzi żyjących w tym nie najciekawszym czasie, który oby tylko pozostał w naszej pamięci, jako jeszcze jedno przykre doświadczenie historyczne.

Dariusz Gasiński

„Byłem jednym z 10 milionów”

Cz.I

Kończąc studia w 1980 nie miałem innych planów niż wrócić do Zduńskiej Woli prowadzić

jakiś warsztat naprawczy sprzętu RTV… Nie marzyłem o WIELKIM SWIECIE, ani nawet o

większym mieście… A tak grudzień 1982 roku wszystko odmienił! Niechęć do ustroju można

datować juz w latach sześćdziesiątych, kiedy to ojca stolarza usunięto z funkcji brygadzisty, bo nie chciał zapisać sie do PZPR-u. Ja też później usłyszałem, że nie muszę być w technikum jeśli nie zapiszę się do ZMS-u. Więc już na studiach wiedziałem, po której stronie stoję. Była “bibuła” i kolportaż wśród kolegów i nawet zaufanych wykładowców. Tak na poważnie to zaczęło sie po śmierci Pyjasa, studenta z Krakowa. Zamordowanego przez SB. “Spadł ze schodów” taka była oficjalna wersja. Hm, a wiec to teraz tak mamy “rozmawiać” ze

studentami… Decyzja, ze od tej pory ćwiczymy jakieś tam sztuki by “nie spaść ze schodów”.

To sie bardzo przydało 08/12 1982 roku, ale o tym później. Pierwsza praca to Polmatex

Wolma, nie chcę pisać prawdy o tej firmie, ale ciekawe, że w jednym pokoju było aż trzech późniejszych działaczy Solidarności. Widać zaraźliwe… Po kilku miesiącach

zmieniłem pracę i trafiłem od września 80 do łączności t.j. UT Zduńska Wola. Właśnie w kraju zaczęła się legalna działalność Solidarności, a ja nowo zatrudniony nie miałem żadnych notowań w załodze… Postanowiłem być “Łącznikiem” pomiędzy Solidarnością lokalną a dużymi Regionami. Wrocław i Warszawa. Jeździłem i przywoziłem materiały do zakładania nowych ogniw NSZZ w kolejnych zakładach. Najpierw trzeba było założyć lokalny

Międzyzakładowy Komitet. Ilu nas mogło być pięciu albo sześciu? Ja, mój brat Bogdan, Jozef J. (działacz ROPCIO ze Zduńskiej Woli), Zygmunt B. Janek N. i chyba jeszcze jeden. Ach ta pamięć… Powstała Solidarność Ziemi Sieradzkiej! Pięknie, dostaliśmy nawet lokal w

kamienicy przy Szadkowskiej. Pomagaliśmy następnym zakładom zorganizować NSZZ.

Ja bylem z J.J. w Spółdzielni Meblarskiej gdzie pracował mój ojciec Jozef. Na zebraniu ktoś

o coś zapytał, a J.J. chciał zapisać nazwisko pytającego… Zrobiła się niesympatyczna

atmosfera. Mnie było wstyd przed ojcem… Myślę, ze tu chodziło, że władze oskarżały

nowy związek o współpracę z “elementami antysocjalistycznymi” i pewnie niejednemu

nie podobało się, że niepracujący działacz chce spisywać “Sbeków”. To bardzo lokalna

sprawa, ale w skali województwa to też nie było lepiej. Otóż nasze sąsiednie miasta Zduńska

Wola, Sieradz, Wieluń miały już dwie różne Międzyzakładowe organizacje… Było to nie do

zaakceptowania ze strony Komisji Krajowej. Koledzy z KK może pamiętają więcej

szczegółów. Tak wiec mieliśmy w Zduńskiej Woli zakłady w różnych MZK. W końcu ktoś

postanowił to rozwiązać! Zrobiliśmy Zjazd wszystkich zakładowych ogniw z województwa

sieradzkiego w lokalu Lokatora przy ulicy Łaskiej. Nie pamiętam, kto i jak wybrał mnie na

prowadzącego tego zabrania. Robiłem co mogłem by nie dać odczuć, że stoję za “swoimi”.

Jakimś CUDEM wszyscy zgodzili sie na JEDNĄ organizację w województwie. Wróciłem do

domu (ul Szkolna jakieś 300m od lokalu) przewróciłem sie na tapczan i… zasnąłem. Taki był

koszt JEDNOŚCI. Pracując w telekomunikacji nietrudno było zauważyć, że coś się już szykuje. Jakiś gość z WUT Sieradz “zdobywa” centralę przewracając drobną pracownicę otwierającą drzwi. Należało otwierać “z łańcucha”. W krótkim czasie pojawił się jakiś “cichociemny” do “grzebania” w samej sieci telefonicznej… Raz trafił na mnie zapominając legitymacji z domu. Nie wszedł, bo ja go “nie poznałem”. Wszedł dopiero w towarzystwie szefa UT. Chyba mnie juz nie lubili… Co gorsze służby potrzebowały kiedyś naszej pomocy w sprawach technicznych. Byli mocniej zdziwieni niż wdzięczni, bo nie rozumieli jak weszliśmy na ich łącza! Na dodatek w połowie grudnia 81 roku jadę na delegację do Gdańska gdzie zorganizowano kurs zawodowy. Na koniec kursu my po kieliszku, a butelka zaraz pusta… Okazało sie ze jest POGOTOWIE STRAJKOWE i nawet u “babki” nie kupisz. Hm to musiało być NA POWAZNIE! 12 grudnia kończymy kurs z egzaminem, ale jeszcze wieczorem 11 jadę do Anny Walentynowicz na pożegnalne spotkanie. AW mówi mi, że był u niej AG i powiedział, że z niedzieli na poniedziałek “coś się wydarzy”. Żegnaliśmy się z moimi koleżankami i kolegami z kursu mocno przygnębieni. Bedzie WOJNA? nikt tego nie chciał przyznać, ale rozstając się czuliśmy, że już się pewnie nie spotkamy… Wróciłem do domu około godz. 23-ciej, i coś około 1 w nocy położyliśmy się z żoną, Krysią spać. Wyspałem się do około drugiej gdy w okno zapukał najstarszy brat Włodek z wiadomością, że Bogdan został zabrany przez milicję. Ja w parę minut spakowałem co najważniejsze i powiedziałem do żony, że kiedyś się odezwę. Cichaczem wyszedłem z domu i zniknąłem w ciemnej, zimnej nocy grudniowej… Gdzie iść, u kogo się przenocować???  Dylemat, bo tam gdzie mnie przyjmą to mogą i mnie szukać, a u tych gdzie rzadko bywałem mogą nie wpuścić o trzeciej nad ranem. Pierwsza próba nie otwiera, bo o tej porze w bloku pobudzę, ale pewnie

sąsiadów… Idę dalej za obwodnice tam mnie nie znajda. Hm, ale obwodnica jadą jakieś kolumny wojska, ale czy to nasze? Udaję się przebiec pomiędzy kolumnami. Pukam, otwierają! Wyjaśniam, że muszę się gdzieś schronić. Dostaje gorącą herbatę i… prośbę żebym sobie poszedł gdzieś indziej… Następna próba, ktoś sie budzi i mnie nie poznaje po głosie, bo to niemożliwe żebym to ja był o tej porze! Nie wyjaśniam, bo mogą sąsiedzi się zbudzić. Zimno i dużo śniegu przemykam sie dalej w stronę Osmolina, ale tak zimno a co chwila jadą jakieś patrole. Chowam sie na… śmietniku przy Osmolińskiej. Taki tam SMIETNIK Historii! Zaczyna sie rozjaśniać a ja bardzo marznę. Decyduje udać sie do teściów brata. Przyjmują, dają znów herbatę i kanapę do spania. Sen krótki opuszczam ciepłe miejsce, bo wszyscy juz pewnie w PKS-ie będą bronić zakładu… Jestem, Romek też zatrzymany a reszta raczej bez entuzjazmu szykuje “obronę” Nie ma czasu na rozważania, musze ewakuować moją “Bibliotekę wydawnictw niezależnych” i zatrzeć ślady po czytelnikach! Udaje sie ktoś z załogi PKS zabiera moje książki i czasopisma i wywozimy to do jednego z zaufanych działaczy. Jestem już wolny mogę odejść… W międzyczasie SB pyta o mnie w domu i słyszy, że jestem na kursie w Gdańsku. Odpuszczają. Ja się zastanawiam czy iść do pracy w poniedziałek? Telekomunikacja “zmilitaryzowana” nie stawienie sie to dezercja! No cóż kto chce być dezerterem??? Przychodzę jak zwykle do pracy. Przed wejściem wojskowy sprawdza każdego. Ja nie mogę wejść, ale mam podpisać listę obecności i do domu… W domu SB juz wie ze “Wróciłem” i zabiera mnie na komendę. Lojalka do podpisania, a ja już mam… szczoteczkę do zębów w kieszeni! Nic z tego nie podpisze, ale skoro grzecznie prosicie to napisałem cos na odwrocie. Co, to tylko ja pamiętam. Nie wiem, dlaczego nie ma tego dokumentu w mojej “teczce” z IPN-u. Towarzysze z SB… puszczają mnie do domu! Jest “fajnie” chodzę do pracy, podpisuje listę i wracam spać dalej. Szczęście nie trwa wiecznie. Wzywają mnie do WUT Sieradz, gdzie dyrektor w asyście kadrowej, sekretarza POP, oznajmia, że zwalnia mnie z pracy! Zaraz, zaraz mówię, to pan dyrektor musiał się pomylić, choćby w jednym przypadku. No, bo ja właśnie odebrałem nagrodę pieniężną za… bardzo dobre wyniki w pracy! To za kurs. “Nie musze sie przed panem tłumaczyć” usłyszałem od dyrektora. Wstałem, wyszedłem zamykając głośno drzwi za sobą. Kadrowa wybiegła za mną mówiąc, że może jeszcze porozmawiamy? Nie ma o czym skończyłem temat. Refleksja, oznaka krytycznego myślenia. Jak to możliwe, że zwalniają ja przecież mam OBOWIĄZEK PRACOWAĆ dwa lata po studiach! Jadę do Wrocławia do pełnomocnika ds zatrudnienia. Tak, nie mogą mnie zwolnic! Przekazuję “dobrą wiadomość” do dyrekcji. Znajdują rozwiązanie: chyba wojewoda zwalnia mnie… z obowiązku, by dyrektor mógł mnie zwolnic z pracy. Jak taki ustrój mógł przeżyć???

CDN.

Skip to content